Ostatnia aktualizacja: 29 października 2001
Autor: Paweł "ShandoR" Marczewski
Jak co roku w Halloween mieszkańcy miasteczka urządzili paradę. Graham brał w niej udział za każdym razem, bawiąc się jak dzieciak. Na kilka tygodni wcześniej Sue zasiadała do maszyny i szyła dla niego kostium. Potem oboje szli wieczorem uliczkami razem z sąsiadami i znajomymi, paradując w wymyślnych i możliwie najbardziej przerażających strojach. Wszyscy uśmiechnięci, beztroscy. Tak jakby nie była to noc duchów, ale karnawałowa zabawa. Ojciec Grahama nie pochwalał tej beztroski. Podczas gdy oni bawili się w najlepsze, stary siedział w ciemnym domu, wpatrując się w bladą poświatę telewizora. Uważał, że zmarłym należy się szacunek. Śmierć to najpoważniejsza sprawa w życiu, nie należy robić sobie z niej żartów. Pewne rzeczy powinno się traktować z szacunkiem, jeśli chce się jak najdłużej zachować całą skórę. Dlatego też ojciec nigdy nie pozwalał Grahamowi chodzić z innymi dziećmi od drzwi do drzwi zbierając słodycze. Matka Grahama nigdy nie uszyłachłopcu kostiumu na Halloween. Chłopak nigdy nie jadł cukierków w tę zimną, listopadową noc. Gdy dorósł i ożenił się z Sue, nie musiał już dłużej stosować się do poleceń ojca. Każdego roku wkładał więc kostium i brał udział w paradzie. Mówił ze śmiechem, że skoro nie mają dzieci, to sami muszą się tej nocy wygłupiać. Sue pół żartem dodawała, że Graham odrabia zaległości z dzieciństwa.
Dzisiejszego wieczoru nie mógł jednak odrabiać owych "zaległości". Stal ze spuszczoną głową w cieniu wiązu naprzeciwko ich domu i patrzył, jak groteskowy i roześmiany korowód przebierańców przetacza się przez ich ulicę. Tuż koło niego przeszła otyła pani Swinton, przebrana w ciasno opinający jej wielkie ciało kostium wróżki. Jej wielkie, czerwone usta na moment rozciągnęły się w uśmiechu i Graham przez chwilę pomyślał, że może go zauważyła... Ale to oczywiście było niemożliwe. Był przecież jednym z tych, do których należała ta noc. Był martwy.
Spojrzał w dół wysadzanej wiązami ulicy, ponad głowami rozbawionych ludzi. Co kilkaset metrów stały podobne mu, szare i skryte w cieniu sylwetki. Dzisiejszego wieczoru upiory były szczególnie poruszone. Wiele z nich wyległo na ulice w poszukiwaniu Patosu, inne chciały chociaż przez chwilę poprzyglądać się żywym. W Zaświatach panowało ogromne poruszenie - nawet w tak niewielkiej Nekropoli, jak rodzinne miasteczko Grahama.
Poczekał, aż parada zniknie za rogiem i powoli ruszył przez ulicę, w kierunku domu, w którym mieszkała jego żona. Po jego śmierci Sue całkowicie zamknęła się w sobie. Wychodziła bardzo rzadko, zakupy z reguły zamawiała przez telefon w pobliskim sklepie. Graham wiedział o tym, bo był tu niemal każdego wieczora, obserwując swoją żonę i ich niszczejący powoli dom. Dopiero dziś jednak odważył się zejść z chodnika na porośnięty chwastami trawnik i ruszyć w kierunku zaniedbanej werandy. Dziś musiał zebrać się na odwagę i wejść dośrodka.
Przez cały rok, jaki upłynął od jego śmierci, Graham ćwiczył. Od momentu, gdy odkrył moc poruszania przedmiotami w świecie żywych, starał się osiągnąć w niej perfekcję. Szło mu opornie, wreszcie jednak opanował ją na tyle, aby móc pisać. Dziś wieczorem przerwie to "grobowe" milczenie, jakie dwanaście miesięcy temu zaległo między nim a jego żoną.
Właściwie jego śmierć można by nazwać trywialną, gdyby nie była tak groteskowa i głupia. Rok temu po paradzie poszli z kumplami do baru na kilka głębszych. Sue nie chciała go początkowo puścić, bo mieli spędzić ten wieczór tylko we dwoje, ale powiedział, że będzie w domu za pół godziny, więc ostatecznie zgodziła się. Faktycznie nie zabawił w knajpie zbyt długo - wypił raptem dwa piwa i wraz z kompanami ruszyli do domów. W drodze powrotnej jednak mijali staw położony pośrodku miejskiego parku, na jego brzegu zaś zauważyli niewielką łódź wiosłową. Jako że wszyscy byli w kostiumach w jakich maszerowali na paradzie, padł pomysł zrobienia "okrętu duchów". Na środku stawu łódź zakołysała się, Graham wypadł, uderzywszy jeszcze głową o burtę. Kostium szybko nasiąkał wodą i zaczął ciągnąć w dół. Otumanieni piwem koledzy nie zdołali pomóc.
Teraz, gdy Graham przypominał sobie wydarzenia sprzed roku, zastanawiał się, czy ojciec nie miał racji. Śmierć należy szanować. Inaczej ona przestanie szanować ciebie.
Stanął przed drzwiami. Wyciągnął odruchowo dłoń w stronę przycisku dzwonka, ale potem opuścił ją, zakłopotany. Zacisnął zęby i przeszedł przez drewno. Bolało, ale po chwili był już w środku. Rozejrzał się jakby ze zdziwieniem po skąpanym w mroku przedpokoju. Po chwili zauważył wąski promyk światła sączący się spomiędzy uchylonych kuchennych drzwi. Coś tu było nie w porządku i to bardzo. Graham nabrał co do tego przerażającej pewności, kiedy do jego uszu doleciał cichy szum wody. Żadnego szczęku naczyń, poza tym itak mieli zmywarkę. Tylko słabe szszsz kropel lecących do kuchennego zlewu.
Graham ruszył szybkim krokiem w stronę plamy światła na dywanie. Dotknął dłonią kuchennych drzwi, skoncentrował się i udało mu się je pchnąć.
Sue siedziała przy kuchennym stole. Jej głowa opadła na stół, jasne loki rozsypały się na białej ceracie, zaś po obu jej stronach spoczywały dłonie, zwiotczałe, blade, niczym dwa przerażone zwierzątka. W okolicy każdej z nich powstała wielka czerwona plama zaschniętej krwi. Nieopodal leżał długi, kuchenny nóż z ostrzem upstrzonym kropelkami czerwieni. Graham pamiętał, że to tym nożem co rano kroiła mu chleb na śniadanie.
Ukrył twarz w dłoniach. Przez chwilę nie słyszał nic poza cichym szumem wody. Wreszcie zmusił się do podniesienia wzroku. Zrobił kilka chwiejnych kroków w stronę stołu. Dłoń sama powędrowała w stronę noża.
Kilka minut później stał już przed domem ich sąsiadki pani Frye. Z trudem skupił całąswoją uwagę i uderzył pięścią w drzwi. Po chwili usłyszał ciężkie człapanie sędziwej kobiety i usłyszał trzask przekręcanego zamka. Drzwi rozwarły się na szerokość łańcucha.
- Tak? - rozległo się zza drzwi.
- Poczęstunek lub... - głos mężczyzny przypominał zgrzyt przesuwanej grobowej płyty.
Księżyc zalśnił na przeciśniętym na drugą stronę Całunu nożu.
- Psikusss... - dokończył Cień Grahama.