Ostatnia aktualizacja: 30 października 2002
Autorka: Ad'Ghe'Rheia
Krople, krople, krople... spadają wszędzie, na nos, na głowę, na ręce, dłonie, palce...
Byle dalej. Byle do domu.
Uliczka. Wąska. Ciasna. Przemykam między kamienicami pachnącymi pleśnią i ogniem. Zaciągam kaptur na głowę, ale krople niemiłosiernie spadają mi na włosy.
Kap. Kap. Kap.
Nie mogę tego wytrzymać.
KAP. KAP. KAP.
Biegnę.
Byle tylko do domu.
Jest późno. Pomyśleć, że to wszystko przez to, że zaspałam. Po prostu usnęłam w fotelu. A teraz muszę biec.
KAP. KAP. KAP.
Coś się poruszyło. Przystaję. Słyszę miliony drobnych kuleczek cieczy uderzających o mnie, o bruk, o dachy, o posągi... Posągi?
Kap. Kap. Kap. Kap. Kap. Kap. Kap. Kap. Kap. Kap. Kap. Kap. Kap. Kap. Kap. Kap...
Przerażona biegnę dalej. Posągi? A skąd one tutaj? Wielkie, skrzydlate gargulce, na rogach wąskich uliczek, na dachach, na kolumienkach... kolumienkach?
Coś jest nie tak.
Byle nie przystawać. Byle nie oglądać się za siebie.
Kap. Kap. Kap. Kap. Kap. Kap.
KAP.
Kapnęło na moje usta. Oblizałam. Odruchowo.
I zdziwiłam się. W pierwszej chwili.
Słodkie.
Ciepłe.
Jak...
Nie, nie myśl o tym, trzeba biec, biec! Przerażenie goni mnie razem z szelestem płaszcza i uderzających o niego kropel tego... czegoś, ciepłego, ciężkiego. Biec, byle dalej. Byle tylko do domu.
Coś się porusza za mną. Oglądam się. Ale tam stoją tylko skrzydlate posągi.
Kap. Kap. Kap. Kap. Kap. Kap.
Biegnę dalej, cały czas czuję czyjś wzrok na swoich plecach. Oglądam się, ale w każdej uliczce widok jest ten sam. Dwa wielkie, skrzydlate posągi na rogach. Przełykam szybko ślinę, do domu zostało mi już tylko parę przecznic.
Niebo przecina fioletowa błyskawica. I światła gasną.
Nie mam siły nawet krzyczeć. Moje kroki zatapiają się w rytmicznych uderzeniach kropel o bruk.
Kap. Kap. Kap. Kap. Kap. Kap.
Jeszcze dwa zakręty i jestem w domu.
Zaczepiam o coś płaszczem, to coś chwyta mnie, nie chce puścić... dłoń skrzydlatego gargulca... z krzykiem wyrywam się i biegnę dalej, łzy zaczynają płynąć po mojej twarzy.
Nie, wcześniej się nie bałam.
Boję się dopiero teraz.
Kap. Kap. Kap. Kap. Kap. Kap.
Widzę już swój dom. Migotliwa świeczka tli się w oknie mego maleństwa.
Tylko parę metrów. Odwracam głowę. Skrzydlata postać na rogu zdaje się odwracać głowę.
Czuję, jak drętwieje mi szczęka, ale biegnę dalej. Potykam się, o mało nie przewracam, tuż przed drzwiami.
Przystaję, szukam klucza.
Kap. Kap. Kap. Kap. Kap. Kap.
Tylko KAP. KAP. KAP.
Szelest papierów w plecaku, brzęk kluczy. Są.
Otwieram drzwi, ale nie mogę zapalić światła.
Zamykam za sobą szczelnie, opieram się plecami. Oddycham głęboko. Dziwny zapach dobiega mojego nosa, ale nie chcę myśleć, co to jest.
Na dworze szelest deszczu. Kolejny huk błyskawicy.
Wbiegam do pokoju mojego maleństwa.
W nikłym płomieniu świeczki kałuża, w której stoję, która ciągnie się za mną jest czarna, jak mrok przedpokoju. Zlewa się z ciemnymi, kapiącymi kropelkami z kołyski.
Kap. Kap. Kap.